Gdy marzymy nie tylko dla siebie, los pomaga zaistnieć z pozoru niemożliwym cudom

Uroczystość i tort z okazji 20. urodzin Fundacji Gajusz. Na zdjęciu Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, fundatorka i prezes zarządu Fundacji – po prawej, Anna Rajska-Rutkowska, wiceprezes zarządu Fundacji – po lewej (archiwum Fundacji Gajusz)

Uroczystość i tort z okazji 20. urodzin Fundacji Gajusz. Na zdjęciu Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, fundatorka i prezes zarządu Fundacji – po prawej, Anna Rajska-Rutkowska, wiceprezes zarządu Fundacji – po lewej (archiwum Fundacji Gajusz)

Są takie rozmowy, których się nie zapomina, bo pozwalają wierzyć, że świat nie jest jeszcze do końca taki zły, że istnieją ludzie, którzy robią wszystko, by to jego dobre oblicze zwyciężyło. To jest właśnie jedna z takich dających nadzieję rozmów, z Tisą Żawrocką-Kwiatkowską, która po tym jak jej 9-dniowy synek Gajusz ciężko zachorował, postanowiła, że jeśli on wyzdrowieje, ona założy fundację wspierającą chore dzieci. W tym roku Fundacja Gajusz świętuje swoje 20. urodziny.

„The Epoch Times”: Obejrzałyśmy właśnie cały ośrodek i wróciłam pamięcią do momentu, kiedy ostatni raz odwiedziłam Fundację Gajusz, to był chyba przełom 1999 i 2000 roku. Biuro znajdowało się wtedy w niewielkiej piwnicy przy ul. Anstadta (dziś to aleja Anstadta – przyp. redakcji). Patrząc na dzisiejszą siedzibę, wydaje się naprawdę niebywałe, co Państwo osiągnęli swoją pracą i zaangażowaniem. Fundacja Gajusz w tym roku kończy 20 lat. Gdyby miała Pani zrobić retrospekcję tego, co się do tej pory wydarzyło, to które momenty najbardziej utkwiły w Pani pamięci?

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska: Tak naprawdę to konkretne dzieci, z którymi się spotkałam, i ich rodziny. To, że jesteśmy tutaj i że ten budynek ma 2000 m kw., czyli jest ogromny, to tak naprawdę wszystko były reakcje na zdarzenia związane z naszymi podopiecznymi. Oczywiście, że najpierw musiało się zadziać tak organizacyjnie, bo ja założyłam Fundację, nie mając zielonego pojęcia o prowadzeniu organizacji.

Tak sobie wymyśliłam, kiedy odchodziła Paulina z oddziału onkologicznego, moja dwuletnia wtedy sąsiadka, że żadne dziecko nie powinno w taki sposób umierać, że to jest straszne, jak odchodzi w samotności.

Jestem zadaniowa i to, że mogłam tylko patrzeć przez szybę bezczynnie, jak cierpi dziecko, bo niestety ona była zagrożeniem dla mojego Gajusza, to było okropne. I wtedy wymyśliłam właśnie wolontariuszy.

Na szczęście okazało się, że to są bardzo rzadkie sytuacje, że bardzo chore dziecko jest porzucane.

Natomiast wolontariusze rzeczywiście są potrzebni rodzinom i wielu dzieciakom. Wnoszą rodzaj takiej fajnej beztroski. Czasem bywa tak, że rodzice boją się skorzystać z pomocy wolontariuszy, żeby mogli wyjść coś załatwić. Ale sam fakt, że przychodzi taki przyjaciel, który nie jest obciążony rozpaczą, to już bardzo wiele wnosi w życie tych dzieciaków.

Oprócz tego, że wolontariusze zaprzyjaźniają się z konkretnymi dziećmi, to jeszcze robią dla nich różne rzeczy. W innych szpitalach, z tego co wiem, są one niedostępne dla pacjentów. Zajęcia plastyczne, muzyczne, filmowe. Dzieci oglądają filmy, bo przychodzą panie z Muzeum Kinematografii. Mają arteterapię, przychodzi aktorka z teatru i rozmawia z tymi dzieciakami.

Tak że rzeczywiście tych zajęć jest dużo, a w szpitalu chyba najbardziej dokucza dzieciom nuda. One nie mają tak do końca świadomości, szczególnie te młodsze, że to jest choroba zagrażająca ich życiu, i po prostu się nudzą.

Doświadczyła Pani cudu, Pani ciężko chory synek wyzdrowiał. Czy dzięki temu łatwiej jest Pani dawać nadzieję rodzicom chorych dzieci, czy wręcz przeciwnie, ta świadomość bólu, jaki odczuwają, sprawia, że jest to trudniejsze, bo nigdy nie wiadomo, co im przyniesie los?

To pomaga. Na pewno łatwiej im się wchodzi w kontakt ze mną. Pamiętam, że jak założyłam Fundację, to był taki mój klucz do kontaktu z rodzicami. Wtedy wyglądałam na osobę dużo młodszą, niż byłam, więc to już w ogóle nie budziło zaufania. Ale w momencie, kiedy oni się dowiadywali, że ja mam troje dzieci, że jedno z tych dzieci było ciężko chore, to od razu zmieniała się rozmowa. Jakby uważali, że należę do ich świata, że mogę coś wiedzieć, w czymś im pomóc, i tak jest do tej pory.

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska z synem Gajuszem podczas uroczystości z okazji 18. urodzin Fundacji Gajusz (archiwum Fundacji Gajusz)

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska z synem Gajuszem podczas uroczystości z okazji 18. urodzin Fundacji Gajusz (archiwum Fundacji Gajusz)

Wszystkim rodzicom mówię, że obowiązkiem rodzica jest nawet w bardzo trudnej sytuacji zachowanie nadziei, ale drugim równoległym obowiązkiem jest przygotowanie się na najbardziej prawdopodobny scenariusz. Bo wcale jedno nie wyklucza drugiego. Po prostu nie wiemy, co będzie. Nie wolno tracić nadziei, zresztą ta nadzieja zmienia się z czasem, w zależności od sytuacji.

Znieczulić się na śmierć chyba żaden człowiek nie potrafi, ale czy śmierć daje się oswoić? Myślę o rodzicach chorych dzieci, czy daje się przez to wszystko przejść?

Daje się. Może ‘oswoić’ to za dużo powiedziane, ale przygotować się. Chociaż może ‘oswoić’ to jest dobre słowo. Najtrudniej przechodzą żałobę i śmierć dziecka te osoby, które z uporem maniaka mówią, że będzie dobrze. Tak, jakby w ogóle nie rozpatrują złego scenariusza. A śmierć jest przy każdym z nas i w różnym momencie ona zabierze to życie. I właśnie chodzi o to, żeby brać to pod uwagę.

Była u mnie mama jednego dziecka i powiedziała, że po prostu nie mogła o tym wtedy myśleć. Ja też wierzę, że każdy człowiek jest inny i że my nie możemy przedstawiać jakiegoś jednego scenariusza każdej rodzinie, bo oni wiedzą lepiej, co uniosą.

Nawet jeśli z punktu widzenia specjalistów to nie będzie najlepsza obrona czy mechanizm obronny, to oni wiedzą, że np. tylko w takim wariancie są w stanie to wszystko przetrwać, poradzić sobie.

Ta mama strasznie rozpaczała i mówiła, że „tak, pani mi mówiła, że trzeba się przygotować, że trzeba porozmawiać ze starszym dzieckiem, ale ja nie mogłam”. Było jej też bardzo, bardzo trudno, bo jeżeli ktoś do końca nie bierze pod uwagę, że dziecko może odejść, to nie ma przestrzeni, żeby się z dzieckiem pożegnać. I później poczucie winy bardzo utrudnia przeżywanie żałoby.

Jeżeli rodzice mają na tyle siły, żeby udźwignąć realność, w odpowiednim momencie porozmawiać z rodziną i z pozostałymi dziećmi, i z tym dzieckiem, które odchodzi, to łatwiej jest im później funkcjonować.

Pamiętam, kiedyś przed wieloma laty byłam na jednym ze szkoleń w Gajuszu i wtedy pani psycholog opowiadała o różnych trudnych momentach, w których wielokrotnie dzieci były silniejsze, jakby wręcz dojrzalsze w obliczu tej sytuacji, od rodziców. A z Pani obserwacji przez te wszystkie lata jak to wygląda?

Właśnie nasza rola polega na tym, żeby dziecko nie musiało być bardziej dojrzałe, silniejsze od rodziców. I to jest naprawdę trudne zadanie dla zespołu psychologów, ponieważ jeśli dziecko czuje, że rodzice są słabsi od niego, to nie ma się na kim oprzeć w najbardziej dramatycznej sytuacji w swoim życiu.

Pamiętam, jak umierała dziewczynka z Mołdawii, ona mnie tak strasznie wzruszyła, bo usłyszałam, jak szepcze do swojego taty, żeby podał jej tabletkę. Mówiła tak: – Tato, tylko proszę, nie mów mamie, że mnie boli. Tak chroniła tę matkę i ja o tym opowiadałam naszym psycholożkom. A one mówiły: – Tisa, tak, naprawdę to jest straszne.

Ona nie miała przy sobie mamy, która jest od niej większa i silniejsza. Pięcioletnia dziewczynka musiała się troszczyć o mamę, i to w momencie, w którym to ona tego potrzebowała.

Dzieci czują tę słabość. Tutaj jest rola rodzica. Jest wiele sposobów przekazania takiego komunikatu. Nie chodzi o to, żeby to powiedzieć, ale żeby dziecko miało pewność, że rodzic jest większy, silniejszy, że ze wszystkim sobie poradzi i że dziecko nie musi się o nic martwić.

Gdybyśmy cofnęły się do tego momentu, kiedy to Pani była ze swoim synem w szpitalu, to czego najbardziej tam Pani brakowało? Też usłyszała Pani diagnozę, po jakimś czasie pojawiła się wtedy przecież ta myśl o powołaniu Fundacji. Jakie bodźce to wywołały?

Oczywiście najbardziej Paulina, bo mnie to strasznie bolało, ale oprócz tego byłam tam zupełnie sama. To były też inne czasy.

Nasz czas też bardzo się zmienił pod względem technologii. Wtedy nie było komórek, nie było żadnych facebooków, komputerów, dostępu do internetu.

Właściwie moim jedynym kontaktem, prawie przez rok, ze światem był czarno-biały telefon na pieniążki, piętro niżej. Ale wiadomo, wtedy musiałam zostawiać dziecko, po to by wyjść, żeby zadzwonić.

Gdy patrzę z perspektywy czasu, to myślę, że byłam tam traktowana jak matka wariatka. Latałam tam co drugi, co trzeci dzień na skargę na coś.

Gajusz, syn Tisy Żawrockiej-Kwiatkowskiej, w styczniu 1997 r. (archiwum Fundacji Gajusz)

Gajusz, syn Tisy Żawrockiej-Kwiatkowskiej, w styczniu 1997 r. (archiwum Fundacji Gajusz)

Teraz widzę, że często rodzice mają takie reakcje trochę przesadzone. Są po prostu wściekli na cały świat, że właśnie im to się przydarzyło. Nie mówię, że wszystkie moje skargi były bezzasadne, ale byłam wtedy kompletnie rozchwiana i nie dostałam odpowiedniej pomocy.

Akurat lekarz prowadzący mojego syna Gajusza, mówiąc delikatnie, nie był mistrzem w relacjach z rodzinami pacjentów. Później to się trochę zmieniło, już inni lekarze prowadzili Gajusza, i wtedy było mi znacznie łatwiej. Myślę, że jeżeli wtedy pracowałby psycholog na oddziale, to byłoby zupełnie inaczej. To, co do dziś powoduje we mnie pewien wyrzut sumienia, mimo ekstremalności sytuacji, to fakt, że nie zajęłam się rozmowami z moimi dziećmi, że odpowiedziałam im na pytanie: Czy Gajusz wyzdrowieje? Oczywiście, że wyzdrowieje.

My mówimy teraz rodzicom, żeby nie składali takich obietnic, bo nie leżą one w zakresie ich wpływu. Nie wiedzą, jak będzie. A co powiedzą, jak będzie nie tak?

Czyli popełniłam wszystkie błędy, o których my teraz mówimy rodzicom. O tym, co warto powiedzieć – że może być dobrze, że lekarze zrobią wszystko, ale żeby nie mówić, że na pewno będzie wszystko dobrze. Bo później w dzieciach budzi się lęk, że rodzice mówią takie rzeczy, a tak naprawdę nie wiedzą.

Trzeba mówić prawdę, można ją wyrazić na wiele sposobów. Musi być dostosowana do wrażliwości dziecka, możliwości intelektualnych itd., ale to musi być prawda.

A jakie były pierwsze kroki w działalności Fundacji Gajusz?

Najpierw otworzyliśmy Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej Psychologicznej.

Na początku trochę narcystycznie się zachłysnęłam. Tym, że te pierwsze dzieci, które trafiły pod opiekę Fundacji, moją i wolontariuszy, udało się uratować.

Później przyszedł ciężki moment, prawo serii. Czwórka dzieci (z trojgiem oraz z ich rodzinami byłam bardzo związana) zmarła w listopadzie 2002 roku.

Jechałam z jednym z tych dzieci, już wiedząc, że się trzeba będzie pożegnać, i rozbiłam samochód. To była absolutnie moja wina, rozbiłam kilka innych samochodów, ze zmęczenia, ze zdenerwowania.

Nic mi się nie stało, ale wiedziałam, że to jest jakiś rodzaj ostrzeżenia, że nie dam rady, bo nie mam żadnej wiedzy, żadnych mechanizmów do radzenia sobie z tymi sytuacjami.

Wtedy zadzwoniłam do koleżanki, a ona doradziła mi, że można by było tak zrobić, żeby powstał Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej, finansowany przez NFZ, bo Fundacja też nie miała na to środków. Nigdy nie byłam mistrzem, jeśli chodzi o pozyskiwanie pieniędzy, to zupełnie nie są moje zasługi.

I rzeczywiście się udało. Myślę, że to jest jedyny taki oddział w Polsce, gdzie jest zespół psychologów faktycznie przygotowanych do pracy nie tylko z dziećmi, lecz także z rodzicami i personelem medycznym.

Piotruś i Tisa Żawrocka-Kwiatkowska (archiwum Fundacji Gajusz)

Piotruś i Tisa Żawrocka-Kwiatkowska (archiwum Fundacji Gajusz)

Trzy lata później powstało dopiero hospicjum domowe. To w ogóle nie był nasz pomysł. Trochę nas NFZ namówił, żeby nie powiedzieć, że przymusił, ale to już było tyle lat temu, że nie ma co mówić o tym ze szczegółami.

A ponieważ już istniał NZOZ, chodziło o rozszerzenie tej działalności. I tu się zaczął megatrudny czas dla Fundacji. Wtedy finansowanie hospicjum było na poziomie 30-40 proc., więc ciężko nam się było pozbierać, żeby mieć pieniądze na dofinansowanie takiej działalności.

Do dzisiaj jest to działalność deficytowa, dlatego żadna publiczna placówka nie prowadzi hospicjum. Wszystkie w Polsce są prowadzone przez organizacje pozarządowe. Jednocześnie okazało się, że jest to praca bardzo obciążająca psychicznie, bo wszyscy pacjenci ginęli, wszyscy.

Później podjęliśmy decyzję, wcale nie mając się lepiej finansowo, że przyjmiemy ten budynek od miasta.

To było związane z dwiema równoległymi bardzo przejmującymi historiami. Jedna to był chłopczyk, taki mój zawodowy chrześniak, który pochodził z rodziny z dużymi problemami.

Ostatecznie po paru latach, podczas których pomagaliśmy im, żeby sobie radzili, a oni naprawdę się starali, po prostu się okazało, iż to jest tak ciężko chore dziecko, że przestali wyrabiać z przeliczeniami dawek leków, polegli na tym, i on trafił do hospicjum stacjonarnego, lecz w Rzeszowie.

Mama odwiedzała go tam sporadycznie i poprosiła mnie, żebym jej obiecała, że on nie umrze tam, w Rzeszowie, tylko że wróci do Łodzi. Ja się łatwo daję przekonać w takich sytuacjach, lecz już nie powiedziałam, że obiecuję, tylko że zrobię wszystko, żeby tak się stało.

Można powiedzieć, że odrobiła Pani lekcję z przeszłości i że to był taki postęp w dbaniu nie tylko o innych, lecz także o siebie, żeby nadal móc pomagać.

Tak. Powiedziałam, że zrobię wszystko, żeby on wrócił do Łodzi, i tak się stało. Był tutaj pół roku i zmarł u nas. Mama go odwiedzała, miała tu blisko. Zmarł po cichutku, dosyć jednak nieoczekiwanie, i nie było to związane z jakimś pogorszeniem, to też się tak zdarza. Każda śmierć ma swój czas.

Mieliśmy też pod opieką taką bardzo inteligentną nastolatkę, której mama uprawiała najstarszy zawód świata i sprowadzała klientów do domu.

Ona zmarła na skutek banalnej w sumie infekcji. Najpierw byłam w kompletnym szoku, po prostu wiedziałam, że umarła, bo się poddała. Nie miała żadnej opcji na to, żeby jej życie było znośne.

Mama nie wpuszczała naszej ekipy, dziewczynka do nas dzwoniła i płakała, że jest głodna, że ma 40 st. gorączki, że nic nie piła, naprawdę straszne rzeczy.

Jeśli chodzi o tę dziewczynkę, to było chyba dla mnie, tak wewnętrznie, najważniejszą i najsilniejszą motywacją.

Jeśli dziecko umiera z poczucia beznadziei, to nie może tak być. To była bardzo fajna dwunastoletnia dziewczynka. I ona tak się starała, żeby rodzina nie poniosła jakichś negatywnych konsekwencji, prosiła o pomoc w ostateczności.

Zobaczyłam, że to jest tak strasznie niesprawiedliwe, co się dzieje, a ta niezgoda na to, co się stało, też daje siłę.

To jeszcze bardziej zmotywowało Panią do stworzenia hospicjum.

Faktycznie to był bardzo ryzykowny ruch, ale stwierdziliśmy, że weźmiemy ten budynek i napiszemy projekt, bo druga taka okazja może się nie powtórzyć.

Potem się okazało, że za długo trwało przekazywanie budynku i projekty przepadły, a spośród tych, którzy nam obiecywali, że to hospicjum będzie bardzo Łodzi potrzebne, już nikt nie odebrał od nas więcej telefonu. Po dwóch miesiącach wiedziałyśmy, że po prostu nie chcą odebrać.

Wtedy poszłyśmy do dyrektora więzienia na Smutnej z prośbą o wolontariuszy więźniów. Uruchomiłam wtedy też swoją fantazję i powiedziałam, że chciałabym, żeby może był też ogrodnik, pan od remontów, od kafelków i w ogóle. I ten dyrektor tak na nas patrzył zdziwiony, a za trzy dni przysłał ośmiu facetów, był ogrodnik i pan od remontów… Nie wiem, jak to się stało.

Brzmi zupełnie nierealnie, wręcz bajkowo.

Oni przez ponad rok przygotowywali ten budynek, to naprawdę była ogromna praca.

To był trudny czas dla mnie i zawodowo, i rodzinnie, ponieważ mój najstarszy syn został potrącony przez półciężarówkę na przejściu dla pieszych. Żyje, ma się dobrze, ale to nie był dobry czas. Tu było rozgrzebane wszystko, moje dziecko leżało w łóżku i nie wiadomo było, kiedy wstanie.

Wtedy zadzwonił pan z Warszawy. Okazało się, że ten człowiek jest producentem filmowym i artystą, który współpracuje z bardzo znanymi filmowcami.

Powiedział, że może pomóc nam przygotować spot. To był prezent, który trochę ruszył tę szaloną budowę, bez jakichkolwiek pieniędzy. To bardzo nam pomogło.

Później pojawił się właściciel Fundacji VELUX. Musieliśmy napisać, co chcemy zrobić ważnego i dlaczego. I napisaliśmy.

Dostaliśmy chyba 10 etatów na trzy lata prowadzenia podstawowej działalności hospicjum, czyli na to, na co najtrudniej pozyskuje się pieniądze. Wszystko się jakoś wtedy ułożyło.

Wraz z uruchomieniem hospicjum stacjonarnego, czyli Pałacu, otworzyliśmy hospicjum perinatalne, które istnieje całkowicie dzięki darczyńcom, ponieważ nie ma żadnego finansowania, mimo że wcześniej dużo o tym było mówione.

Naszym pierwszym pacjentem był Mieszko, i to okazało się chyba największą lekcją dla mnie. Wyobraziłam sobie, że jak matka będzie miała dziecko na chwilę, to tam się będą działy jakieś dantejskie sceny. A okazało się, że wcale nie. Ludzie mają świadomość, że tego czasu jest tak strasznie mało, że ten czas, kiedy dziecko żyje, to nie jest na rozpaczanie. To jest czas na miłość, na pobycie z dzieckiem i na przyjęcie go do rodziny. Na zdjęcia, na chrzciny, na odwiedziny bliskich, a cały smutek to jest już później.

I nie weszłam do tej pani Asi. Zobaczyłam, że tam leżą jakieś obiektywy, kurtki i tak ładnie, bezpiecznie się wymiksowałam, bo była tam pani doktor, pan fotograf, ksiądz. Powiedziałam, że popilnuję, żeby nie zginęły te obiektywy. Po prostu stchórzyłam. I wyszedł ten fotograf, i mówi: – Tisa, ty się w ogóle niepotrzebnie bałaś, było naprawdę super. Ta mama była naprawdę szczęśliwa, że chłopczyk przeżył poród i że mogła jeszcze z nim pobyć. Gdy oglądam zdjęcia, to widzę, że faktycznie tak było.

Od tamtej pory mieliśmy na pewno ponad 50 pacjentów. I wszystko jest zupełnie inaczej, niż się czyta zwykle w gazetach.

Myślę, że to jest chyba taki nasz najpiękniejszy kawałek. Ci ludzie, którzy do nas trafiają i proszą nas o pomoc, oni dosyć szybko wracają do normalnego życia, bo dajemy im poczucie, że jako rodzice, pomimo że spadło na nich nieszczęście, zrobili absolutnie wszystko, co można było, dla dziecka.

Odwiedzają nas, składają życzenia, angażują się w akcje Fundacji. Dla mnie jest to też wyraźny sygnał, że to było dla nich dobre.

To był w ogóle szok przy tym pierwszym porodzie – zdjęcia?! Obejrzałam amerykański film instruktażowy o hospicjum perinatalnym i tam było napisane, że to jest bardzo ważne, bo matka później może wielu rzeczy nie pamiętać, ponieważ jest po znieczuleniu.

Wszyscy chcą zdjęcia, nawet jeśli dziecko urodziło się martwe. Dla rodziców to jest ich dziecko i daje się te zdjęcia tak zrobić, żeby były w porządku.

Jedna mama, której dziecko zmarło i nie zdążyła mu zrobić zdjęć, przez rok je rysowała, żeby go nie zapomnieć. I napisała mi, jakie to jest ważne, żeby robić zdjęcia, bo pamięć jest ulotna.

Młodzi ludzie powiedzieli mi, że byli tak przerażeni, bo diagnoza nie była do końca potwierdzona, czy dziecko urodzi się żywe. A dziewczynka przeżyła 60 minut. I powiedzieli, iż dają nam słowo, że to była najpiękniejsza godzina w ich życiu, choć byli pewni, że będzie najtragiczniejsza. To było idealne, zdążyli ją przywitać, pożegnać i jednocześnie wiedzieli, że ona się nie namęczyła.

Powstało też Tuli Luli.

Tak. Jak skończyliśmy 18 lat, czyli jak Fundacja stała się dorosła, to otworzyliśmy Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny Tuli Luli dla tych dzieci, których matki dokonują zrzeczeń i zostawiają je w szpitalach.

Miałam takie wrażenie, że Fundacja zatoczyła koło, bo pierwszym dzieckiem była Paulina z domu dziecka, która odchodziła samotnie. I tutaj sobie wymyśliliśmy, że poza tym, iż to będzie nowy rozdział, to Tuli Luli stanie się przyczynkiem do tego, żeby w ogóle w sprawie dzieci porzuconych doszło do jakiejś zmiany.

W tej chwili w Łodzi trwa reforma, która się nazywa „Bo rodzina jest dla dzieci”. Zmienił się dyrektor, kierownik, zmieniła się cała kadra i rozpoczęły pracę nowe osoby.

Naszą rolą jest, żeby robić to, o co nas proszą. Dlatego urządziliśmy pokój spotkań dla rodzin. Rodzice biologiczni mogą się u nas spotykać ze swoimi dziećmi, z rodzinami zastępczymi, koordynatorem. Angażujemy się w to, żeby reforma się udała.

Co Pani wymarzyła dla Fundacji Gajusz na następne lata?

Najbardziej marzę o stabilnej codzienności i ogarnianiu tego, co już robimy, ponieważ to jest naprawdę ważne. Opiekujemy się ponad setką dzieci na onkologii, mamy w Tuli Luli dwadzieścioro, w Pałacu kilkanaścioro, czterdzieścioro w hospicjum domowym, czyli to jest ogromne zobowiązanie.

Chodzi o to, żeby się pochylać nad tą codziennością i bardzo mocno o nią dbać, ale też bardzo leży mi na sercu, żeby reforma „Bo rodzina jest dla dzieci” w Łodzi się udała. Jeśli się uda, to w perspektywie lat pomożemy tysiącom dzieci. To jest coś.

W czym każdy z nas może pomóc Fundacji Gajusz?

To są bardzo różne rzeczy. Są osoby, które np. wpłacają nam co miesiąc 20 zł lub więcej, w zależności od możliwości, i nawet nie chcą tu przyjść. Cały ten budynek, remont i działania nie zostały dokończone dzięki jakiejś spektakularnej, milionowej darowiźnie, tylko dzięki drobnym wpłatom. Każda cegła jest wyremontowana z takich gestów.

Zdecydowanie poważniejszym wyzwaniem jest wolontariat. Trzeba mieć jednak stały czas, szczególnie, jak się idzie do konkretnego dziecka. Jest też wolontariat akcyjny, mniej zobowiązujący.

Dzięki Facebookowi udało mi się zachęcić rodziny, żeby zostały rodzinami zastępczymi dla konkretnych dzieci. W sumie Fundacja stworzyła już około 10 rodzin dzieciom, które nie miałyby żadnej szansy, bo mają albo śmiertelne, albo ciężkie choroby. I to jest coś, co sprawia mi szczególną satysfakcję.

Dostępna jest także obszerniejsza wersja rozmowy: Gdy marzymy nie tylko dla siebie, los pomaga zaistnieć z pozoru niemożliwym cudom (dłuższa wersja).

Tagi:

Wykorzystujemy pliki cookies, by dowiedzieć się, w jaki sposób użytkownicy korzystają z naszej strony internetowej i móc usprawnić korzystanie z niej. Dalsze korzystanie z tej strony internetowej jest jednoznaczne z zaakceptowaniem polityki cookies, aktualnej polityki prywatności i aktualnych warunków użytkowania. Więcej informacji Akceptuję