„W życiu też tak jest, że masz punkt zwrotny i jeżeli się poddasz, to nie wiesz, co jest wyżej”. Rozmowa z Markiem Rybcem, biznesmenem i ultramaratończykiem

Uczestnicy ultramaratonu 4 Deserts w Namibii (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Uczestnicy ultramaratonu 4 Deserts w Namibii (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Przyznam, że nie mogłam się doczekać jego opowieści i się nie zawiodłam. Dla mnie to nie tylko rozmowa o biegach, przygodach i cudnych krajobrazach, lecz także o tym, co jest istotne w życiu, by czerpać z niego i dać z siebie to, co najlepsze. Podwójne Wyzwanie zostało zrealizowane z nawiązką. Udało się zebrać dla Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa więcej pieniędzy, niż zakładano, a Marek Rybiec pokonał cztery pustynie, gdzie odkrywał własne możliwości i nieskończoną siłę determinacji. Nawiązanych przyjaźni i tego, czego doświadczył na czterech kontynentach, nie zabierze mu już nikt.

The Epoch Times: Po naszej rozmowie o biegu w Namibii umówiliśmy się, że jak już przebiegniesz pozostałe ultramaratony, to opowiesz, która z czterech pustyń była dla Ciebie największym wyzwaniem. Ale najpierw powiedz, co czujesz, słysząc słowo pustynia?

Marek Rybiec: Pustynia kojarzy mi się z bardzo fajnymi wspomnieniami. Po biegu bardzo szybko zapomina się o tym, co bolało, i zostają wspaniałe przeżycia, szczególnie że miejsca się zmieniały bardzo mocno z każdym biegiem. Atakama była najtrudniejsza.

A jednak, ale to było Twoje marzenie…

Tak. Wiedziałem, że będzie najtrudniejsza, ale też była najpiękniejsza. Dlatego jak myślę o pustyni, to głównie o Atakamie. To jest wspomnienie absolutnie przepięknych pejzaży, które codziennie się zmieniały, a w nocy to, jak wiesz, unikalne jest niebo w Ameryce Południowej. Przede wszystkim jednak bardzo fajnych ludzi, naładowanych bardzo pozytywnie, a przebywanie z nimi jest naturalną adrenaliną.

4 Deserts finalnie skończyła grupa 12 osób, zaczynało 17 albo 18, w tym dwóch Polaków. Skończyłem ja. Michał Gawron, biegacz dużo lepszy ode mnie, z przyczyn zawodowych musiał się wycofać przed Antarktydą.

Ekipa z polsko-koreańsko-szwajcarskiego namiotu, Atakama (fot.: dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Ekipa z polsko-koreańsko-szwajcarskiego namiotu, Atakama (fot.: dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Macie kontakt ze sobą?

Ze wszystkimi. To jest naprawdę niesamowite. Widziałem to wcześniej na przykładzie moich poprzedników, czyli Daniela Lewczuka, Marka Wikiery i Andrzeja Gondka, oni się trzymają dosyć mocno.
To nie jest powierzchowny kontakt, tylko głębokie przyjaźnie, bo się rodziły w bólu, w silnych emocjach. Relacje, które z biegu na bieg się zacieśniały.

To jest najcenniejsze, bo medale są fajne, ale relacje plus to, co zrobiliśmy w ramach akcji charytatywnej, to na trwałe pozostaje.

Udało Wam się zebrać więcej, niż planowaliście.

Tak. Zresztą zbieramy jeszcze przez cały czas. Jak przyjechałem, to wróciłem do spraw firmy. Myślę, że w styczniu jeszcze trochę podgonimy. Bazowe 100 tys. już przekazaliśmy do Hospicjum, więc to już pracuje. Wszystkie cele zostały wykonane z nawiązką.

Dlaczego Atakama była najtrudniejsza?

Jest trudna z trzech powodów.

Po pierwsze, jest wyjątkowo trudne podłoże. Po drugie, jest najcieplejszym biegiem z wszystkich, bo tam średnia temperatura była ok. 50 stopni w dzień i ok. 0 w nocy. Po trzecie, cały bieg rozgrywa się na stosunkowo dużej wysokości. Zaczyna się na 3500 m n.p.m., a potem schodzi do 2500 m.

Jeżeli chodzi o teren, to porównam do Namibii, bo to też taka typowa pustynia.

Bieg na Atakamie rozgrywa się na stosunkowo dużej wysokości (fot.: Marek Rybiec)

Bieg na Atakamie rozgrywa się na stosunkowo dużej wysokości (fot.: Marek Rybiec)

W Namibii przez pierwsze dni biegliśmy wzdłuż wybrzeża, a tylko ostatnie dwa dni rozgrywały się na regularnej pustyni, gdzie temperatura też sięgała blisko 50 stopni.

Na Atakamie dzień w dzień było 50 stopni, non stop gorąco. Chmury nigdy nie zasłaniały słońca. Już w Namibii jednak okazało się, iż pomimo tego, że nie lubię upałów, to je bardzo dobrze znoszę, i upał to nie jest to, co mnie rozbija na takich biegach. Zdarzało się, że pod koniec 40- czy 50-kilometrowego odcinka udawało mi się wyprzedzać wielu innych biegaczy.

Z trudnym podłożem i wysoką temperaturą radziłem sobie bardzo dobrze.
Największym problemem dla mnie była wysokość. I chyba w ramach tych czterech pustyń byłem najbliżej wypadnięcia z biegu właśnie przez nią.

Nigdy nie wspinałem się w wysokie góry. Kiedyś byłem w Ameryce Południowej na 5000 m, ale to na zasadzie szybkiego wjazdu i zjazdu, i było wszystko w porządku. A teraz okazało się, że dużym błędem było niezrobienie aklimatyzacji. Jeszcze samolot mi się spóźnił, więc tak naprawdę to wpadłem prosto z samolotu na bieg i pierwsze dwa dni na wysokości 3500 m umierałem.

Odpoczynek w obozie, Atakama (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Odpoczynek w obozie, Atakama (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Dopadła Cię choroba wysokościowa…

Tak, głowę mi rozsadzało potwornie, nie leciała mi krew.

Drugiego dnia bieg zaczął się wspaniale. Biegliśmy 6-7 km kanionem, przekraczaliśmy kilkadziesiąt razy tę samą rzekę, ale już wtedy głowa mnie bolała.

Kiedy wszedłem na taką otwartą przestrzeń, to nie byłem w stanie nic pić ani jeść i miałem wrażenie, że za chwilę zwymiotuję, co na pustyni skutkuje odwodnieniem i zamyka bieg.

Jak przybiegłem do drugiego checkpointu, gdzie była moja chrześniaczka Wiktoria, którą zabrałem na ten bieg jako wolontariuszkę, to pierwszy raz w historii tych wszystkich biegów leżałem na macie i naprawdę byłem bardzo bliski zrezygnowania. Nie byłem w stanie funkcjonować.

Co sprawiło, że dałeś radę się podnieść?

Determinacja plus ta cała akcja i to, że tam jest ileś osób, które w to wszystko wierzą, dała mi siłę.

Pomogła mi też lekarka, która dała mi silną dawkę leku przeciwbólowego.
Postanowiłem spróbować. Zabawne, jak wyszedłem z checkpointu, to trasa jeszcze wiła się w górę. Ale mimo wszystko to zaczęło trochę odpuszczać.

Pomogło mi coś, czego nigdy nie robiłem na biegach, czyli słuchanie muzyki.

Zawsze starałem się czerpać bodźce z zewnątrz, dlatego nie biegałem z muzyką.

Powiedziałem do Wiktorii, że podłączę sobie muzykę. A ona stwierdziła, że to może nie jest najlepszy pomysł, skoro mnie tak boli głowa.

Odpowiedziałem, że tak potwornie mnie boli, że muszę mój mózg wprowadzić w stan transu. Włączyłem sobie „Gladiatora” Hansa Zimmera, który już do końca biegu leciał w kółko. I zadziałało.

Na Atakamie przeżyłem też taki moment mistyczny, zwrotny, taki, których pewnie jest mało w biegu i w życiu.

Po wyjściu z punktu kontrolnego, kiedy naprawdę czułem się fatalnie, najgorzej z wszystkich momentów podczas tych biegów, wchodziłem kilkaset metrów trasą w górę i przeszedłem przez tunel.

Co ciekawe, wejście i wyjście tunelu było obmurowane natomiast w środku przejście było wydrążone i niczym niezabezpieczone. I tak raz po raz leżały oderwane, potężne kawałki skał, więc się człowiek modlił, żeby nic na niego się nie oberwało.

Na końcu tunelu widać było przepiękne światło. Po wyjściu z niego jeszcze szedłem na górę i tam mi zaczęło odpuszczać.

Najpiękniejszy widok jest zawsze po wyjściu z tunelu, Atakama (fot.: Marek Rybiec)

Najpiękniejszy widok jest zawsze po wyjściu z tunelu, Atakama (fot.: Marek Rybiec)

Tam spotkałem Alessandro – wolontariusza, który znał mnie z wcześniejszych etapów oraz z samolotu. Został poinformowany o moim stanie przez biegacza, który był przede mną i widział, że jestem w kiepskiej formie. Dał mi trochę swojej wody i potem już mi wszystko odpuściło, i było normalnie.

W krótkim czasie z bardzo trudnej sytuacji i słabego stanu fizycznego wzniosłem się o te kilkaset metrów do miejsca, w którym to wszystko minęło i jednocześnie rozpoczęła się jedna z najpiękniejszych tras, jakie widziałem w życiu. Porównywalna widokowo do Grand Canyonu, który był dla mnie najpiękniejszym miejscem na świecie dotychczas.

Długa ścieżka na grani, po lewej urwisko. Gdzie się nie spojrzało, przepiękne tereny, a na horyzoncie 14 mniej więcej 5000 m wulkanów. I to niebo, chmury, po prostu bajka!
Żadne zdjęcia tego nie oddadzą.

Tak sobie pomyślałem, że czasami w życiu też tak jest, że masz taki punkt zwrotny i jeżeli się poddasz, to nie wiesz, co jest wyżej.

Wspaniały widok na wulkany, Atakama (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Wspaniały widok na wulkany, Atakama (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Gdybym tam odpuścił, nikt by się nie dziwił, bo ludzie tak robili. Tam odpadło łącznie kilkanaście osób, czyli ok. 15 proc. Nie zobaczyłbym jednak tego, co było wyżej.

To kolejny raz pokazało, że trzeba walczyć i dać z siebie wszystko.

W kolejnych dniach biegliśmy niżej, na 2500 m. Było bardzo trudno, upał i wymagająca trasa, ale to już były rzeczy, z którymi potrafiłem walczyć.

Także Atakama przez te trzy czynniki była absolutnie najtrudniejsza, ale też dla mnie przełomowa.

To, o czym opowiadasz, uświadamia niezwykłą rolę determinacji. W Ekwadorze mojego kolegę dopadła choroba wysokościowa. Nie mógł się ruszać przez dwa–trzy dni, drgawki, gorączka, wymioty, tracił z nami kontakt. Przerażająco to wyglądało. Nie był w stanie się spionizować.

My musieliśmy w takim stanie przebiec 40-50 km, a podczas long stage nawet 80 km. Powiem szczerze, nie sądziłem, że na takiej wysokości to może tak silnie oddziaływać. Wydawało mi się, że to się dzieje na wyższej wysokości.

Byli ludzie, którzy przyjechali tydzień wcześniej i zrobili sobie aklimatyzację, wchodząc na pięciotysięczne wulkany, i oni czuli się fantastycznie.

Polakom szykującym się na przyszły rok na Atakamę powiedziałem, że wszystko inne można odpuścić, ale trzeba pojechać tydzień wcześniej, bo inaczej można w ogóle nie ukończyć.

Chłopaki z Polski, którzy ukończyli 4 Deserts w 2014 roku, mówili mi, że ta choroba występuje, że są jakieś tabletki, ja ich nie miałem, ale żaden z nich mi nie mówił, żeby tam pojechać tydzień wcześniej i się zaaklimatyzować (uśmiech).

Odpoczynek po długim etapie, liczącym 80 km, Atakama (fot. dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Odpoczynek po długim etapie, liczącym 80 km, Atakama (fot. dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Za to Marek Wikiera mówił, że będzie bardzo zimno w nocy, wziąłem jednak bardzo cienki śpiwór na plus 10 stopni, żeby ograniczyć wagę plecaka, a tam było ok. 0 w nocy.

Szedłem spać o 21, tak wcześnie nigdzie nie chodziłem. Spałem do północy, bo jeszcze wtedy nie było aż tak zimno. Potem do 6 nie spałem, bo się nie dało z zimna, rano wstawałem, żeby się ogrzać przy ognisku. W innych biegach prawie przez całą noc paliło się ognisko, a tutaj nie było drewna, musieli je przywozić, palili tylko do momentu, kiedy byli ludzie, a potem już nie.

Na Atakamie, w najcieplejszym miejscu, zmarzłem najbardziej ze wszystkich miejsc. Na Antarktydzie tylko w jeden dzień zmarzłem, a tutaj marzłem codziennie.

Postanowiłem, że tam wrócę. Tylko się przygotuję lepiej, i zrobię to inaczej.

Tam odpadło sporo osób, z czego połowa z powodu poskręcania kostek. W Namibii z kolei było tak, że na 40 km miałaś 10 km trudnych i wtedy musisz się koncentrować na każdym kroku. A tu masz megaupał i przez całe 40 km pilnujesz każdego kroku.
Podłoże albo było spróchniałe od słońca, albo wulkaniczne i twarde, a to już było bardzo niebezpieczne.

Pył wulkaniczny i to, co zostaje po erupcji, to też jest ciekawa materia. Wygląda trochę jak z innej planety. Gdybym nie wiedziała, że jestem na Chimborazo, to pomyślałabym, że jestem gdzieś na Marsie.

Tak. Wchodziliśmy na górę, która miała zabójcze, kilometrowe podejście po wydmie. Myślałem, że się tam wykończę. Jeszcze uciekałem kilkuosobowej grupie. Na pustyni udało mi zwiększyć dystans, ale skończyła mi się woda, musiałem wyjąć dodatkową z plecaka i wtedy oni mnie przegonili właśnie na tym podejściu. Jak weszliśmy tam, to krajobraz był autentycznie księżycowy. Tak sobie wyobrażam formy skalne na Księżycu.

Średnie temperatury na Atakamie to ok. 50 stopni w dzień i ok. 0 w nocy (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Średnie temperatury na Atakamie to ok. 50 stopni w dzień i ok. 0 w nocy (fot.: 4 Deserts, dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Była też śmieszna historia. W pewnym momencie byłem pierwszy, za mną wchodziła grupa ok. 20 osób. Bezpośrednio za mną szedł czarnoskóry Amerykanin, dobrze zbudowany, potężny, nie to co ja, zero mięśni na klatce piersiowej, nigdy nie chodziłem na siłownię, a on widać było, że bywalec.

W połowie tej drogi pod górę mówię – nie mam siły, trzeba zacząć pracować nad kondycją, bo wstyd. Chyba się zatrzymam, muszę odpocząć.

Ale potem pomyślałem, jak ja się zatrzymam, to stanie kolega, który szedł za mną, i wszyscy za nim, i będzie, że Polak wymiękł.

Zacisnąłem zęby i pociągnąłem do końca. Doszedłem, chociaż było ciężko. Odwracam się i co widzę? W połowie drogi stoi mój atletycznie zbudowany kolega, za nim cała reszta, więc to było śmieszne.

Każdy pewnie liczył, że ktoś przed nim się zatrzyma i z konieczności będzie musiał stanąć.

Pewnie tak.

Z ciekawostek, to miałem ochraniacze, ale nie takie typowo pustynne, tylko bardziej przeciwkamieniowe, które były ze mną w Namibii i innych miejscach.

Na Atakamie drugiego dnia, jak weszliśmy na skalno-wulkaniczne, bardzo twarde wypusty znajdujące się na prawie całej 30-, 40-kilometrowej trasie, to te ochraniacze, mimo że były najlepszej firmy, przetarły się w ciągu 40 min, tak ostre było to podłoże. Potem, w efekcie wlatywało mi niestety więcej piachu do butów już do końca biegu.

Kawałek pustyni w moim bucie, Atakama (fot.: Marek Rybiec)

Kawałek pustyni w moim bucie, Atakama (fot.: Marek Rybiec)

Przeskoczyliśmy na Atakamę, a po pustyni Namib była Gobi.

Gobi była totalnie inna niż Namib, dlatego że była soczyście zielona i bardziej górzysta. Całe połacie wzgórz w różowo-fioletowych kwiatach, pachnących jak lawenda, bajkowy krajobraz. Wszystko takie intensywne.

Biegliście po mongolskiej części czy po chińskiej?

Pierwsze kilka edycji było po stronie chińskiej, ale w związku z tym, że tam się robi bardziej niebezpiecznie, i chyba też władze nie patrzyły na to pozytywnie, to po raz pierwszy bieg odbył się po mongolskiej stronie.

Trochę testowaliśmy tę trasę i były tego konsekwencje. Choćby po 80-kilometrowym biegu, który skończyłem w kilkanaście godzin, o zmroku, pogoda się załamała, było urwanie chmury i zalało obóz.
Część ludzi szła w tym deszczu, trzeba było przekroczyć rzekę, ja przekraczałem, gdy jeszcze nie padało. Nie mieli możliwości się osuszyć, odpocząć. Niektórym pozalewało namioty, mnie akurat nie.

Ewakuowali nas do ośrodka sportowego. Spaliśmy w dużej sali gimnastycznej w 300 osób, bo biegaczy było dwustu kilkudziesięciu plus obsługa.

A jak Ci się biegło?

Na Gobi pod koniec drugiego etapu, czyli po jakichś 80 km, miałem kontuzję kostki. Nie wiem, czy to było skręcenie, czy nie, bo nie byłem u lekarza.

Bolało potwornie, musiałem zacząć brać tabletki przeciwbólowe, ale z taką „banią” dobiegłem do końca.

Bałem się pójść do lekarza, żeby mnie nie wyeliminowali. Jedna dziewczyna w podobnym stanie poszła, nie wiem, czy sama zrezygnowała, czy ją ściągnęli, ale nie ukończyła biegu.

Mongolia z tych wszystkich pustyń była i tak najłatwiejsza do przebiegnięcia, mimo że po górach, to tam nie było wysokiej temperatury, maksymalnie ok. 30 stopni.

Była też bardzo fajna ekipa. Pierwsza Polka, która to przebiegła, Kasia Głowacka, Tomek Zyśko, Jerry Jeschka – Polak, który mieszka w Niemczech.

Z Tommym Jacobsem, moim kolegą z Danii, od Gobi zaczęliśmy się ścigać na różnych etapach. Udało mi się go wyprzedzić na ostatnich 10 km osiemdziesięciokilometrowego biegu. I on to chyba sobie wziął mocno do serca (uśmiech).

Jak biegliśmy finałowe 10 km, ja myślałem, dobra, teraz na luzie. Każdy wie, że to już nic nie zmieni w klasyfikacji.

Meta o zachodzie słońca, Atakama (fot.: Marek Rybiec)

Meta o zachodzie słońca, Atakama (fot.: Marek Rybiec)

To trafiłem właśnie na Tommy’ego na trzecim kilometrze, i w życiu nie włączył mi się taki gen rywalizacji. Uwierz mi, mijaliśmy się do mety kilkanaście razy.

Było widać, że on już dogorywa, ja też. Jak kilkaset metrów przed metą odstawił mnie na dobre 300 m, pomyślałem, już nie dam rady. Ale ostatkiem sił zacząłem go gonić.

Wyobraź sobie zdziwienie organizatorów, jak na ostatniej wąskiej ścieżce, 30 m przed metą, gdzie po prawej stronie był mur, a z lewej spadek i pokrzywy do kolan, zacząłem wyprzedzać go po tych pokrzywach.

Dobiegłem pierwszy. Tommy wkurzony, bo to rywalizacja sportowa. Ale oczywiście wyściskaliśmy się na mecie.

Później już nie byłem w stanie nic zjeść, wypić, byłem fizycznie wykończony. Sprawdziłem na overallach czasowych, że wyprzedziłem go o 7 sekund. To jest abstrakcyjna sytuacja, ale z drugiej strony taka bardzo sportowa.

Na long stage, też na ostatnich 10 km, zacząłem się ścigać z jakimś chłopakiem, którego w ogóle nie znałem. Finalnie go wyprzedziłem na samym końcu, ale narzuciliśmy sobie tak wysokie tempo, że więcej mnie to kosztowało niż cały wcześniejszy odcinek, czyli 70 km.

Jakbym odpuścił, to on wyprzedziłby mnie może o minutę albo 30 sekund, w klasyfikacji to nie ma znaczenia. Chodziło o to, żeby być na mecie przed nim.

To faktycznie poczułeś zew współzawodnictwa.

Ja to obserwowałem w sobie, śmiejąc się i płacząc w głos nad tym, co się dzieje.

Po powrocie do Polski z Gobi w centrum medycznym diagnozowali mnie 6 godzin. Na USG pani stwierdziła jeden wielki stan zapalny i trzeba było zrobić rentgen, potem rezonans. Na ¾ wypisu miałem kilkanaście razy napisane stan zapalny. Lekarz kazał mi chodzić o kulach przez 2 tygodnie.

A za chwilę miałeś biec na Atakamie…

Tak, więc jak po 2 tygodniach wróciłem do lekarza, on na to spojrzał i powiedział, że jeszcze tydzień o kulach. A ja mówię: „ale za miesiąc mam bieg i rozumiem, że będę mógł biec?”.

A on popatrzył na mnie i powiedział: „Panie Marku, proszę do mnie przyjść tydzień przed biegiem, ale niech się Pan nie oszukuje”.

Powiedziałem mu, że przyjdę do niego, ale tydzień po biegu, i to z medalem. I tak zrobiłem.

Pomyślałem, że jeżeli będzie słabo z tą nogą, to po prostu przejdę tę Atakamę. Nie przebiegnę, ale ukończę.

Zawsze z flagą na mecie, Atakama (fot.: dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Miałem rzeczywiście bardzo dużo szczęścia, dlatego że trafiłem do Marka Migały, bardzo dobrego fizjoterapeuty. Byłem u niego 5-6 razy po pół godziny. Masażem i akupunkturą doprowadził mi nogę do takiego stanu, że przebiegłem Atakamę, i to w sumie całkiem nieźle.

Po drugim zabiegu pozwolił mi trochę pobiegać przed Atakamą. Zapisałem sobie, że między Gobi a Atakamą przebiegłem łącznie 47 km, czyli tyle, ile potem robiłem jednego dnia. To pokazuje, że przede wszystkim jednak głowę trzeba mieć mocno poustawianą w takich biegach.

Opowiedz teraz o najzimniejszej pustyni.

Biegaliśmy na Szetlandach Południowych, to jest kontynent Antarktydy, ale nie ląd, tylko wyspy. Pogoda nie pozwoliła na to, żeby się dobić na ląd, więc tam nie było tak skrajnie zimno, jak sądziłem, że będzie, 0 i trochę poniżej 0 stopni.

Tam trudnością było to, że biegało się w mokrym śniegu do kolan czy nawet powyżej.

W dodatku tylko w pierwszy dzień można było wyznaczyć kilkukilometrowe pętle. A w następne dni te pętle miały jeden albo trzy kilometry.

Biegaliśmy tak naprawdę w kółko, i to mentalnie było trudne. Były dni, że zaczynaliśmy np. przed południem, biegamy już godzinę w kółko i przychodzą organizatorzy, i mówią: „Słuchajcie, dzisiaj jest ładna pogoda, biegamy do 20”.

Patrzysz na zegarek, jest godzina 12, więc masz jeszcze 8 godzin biegania w kółko i musisz sobie mentalnie to wytłumaczyć.

Na Paradise Bay w wodzie pływały tysiące kawałków lodu, a dookoła były góry o wysokości ok. 1500-2000 m. Ja tłumaczyłem sobie to tak, wbiegniesz na górę, to będziesz miał jeszcze piękniejszy widok. Podliczyłem, że łącznie zrobiłem prawie 50 km, wbiegając na górę 35 razy. Totalne szaleństwo.

„Wszystko mamy w głowie i możemy bardzo dużo rzeczy zdziałać”. Na zdjęciu medal zdobyty po ukończeniu ultramaratonu na Antarktydzie (fot.: Marek Rybiec)

„Wszystko mamy w głowie i możemy bardzo dużo rzeczy zdziałać”. Na zdjęciu medal zdobyty po ukończeniu ultramaratonu na Antarktydzie (fot.: Marek Rybiec)

Faktycznie to wyzwanie, bo w innych lokalizacjach biegliście i krajobraz się zmieniał, a tu praktycznie ciągle widzisz to samo.

Tak, i robiliśmy 250 km, a tutaj biegaliśmy w odpowiednim czasie przez pięć dni biegowych. Najlepszy przebiegł w tym czasie 250 km, ja przebiegłem ok. 160 km.

Wpływaliśmy na Szetlandy, statkiem przerobionym z badawczego na turystyczny, przez jedno z najniebezpieczniejszych miejsc żeglownych na ziemi. Byliśmy grupą 49 biegaczy, jeszcze drugie tyle turystów plus obsługa.

W drodze na wyspy morze było łaskawe, ale z powrotem trafiliśmy na sztorm i morze szalało. Przez 30 godzin bujało bardzo mocno. Latało wszystko po kabinie, nie możesz spać, bo się przewalasz w lewo, w prawo albo głową walisz w łóżko.

Chyba pierwszy raz w życiu tak realnie się bałem. Miałem świadomość, że ta łajba też ma swoje granice. Jednocześnie okazało się, że bardzo dobrze znoszę bujanie, czułem dyskomfort, ale nie było mi niedobrze.

Antarktyda Cię czymś zadziwiła?

Nasze wyobrażenie na temat Antarktydy jest żadne.
Tak jak wiedziałem, że Atakama będzie przepiękna i w 100 proc. była taka, jak się spodziewałem, tak Antarktyda przewyższyła moje wyobrażenia.

Zakładałem, że będzie fajnie. Nie wiedziałem, czy mi się spodoba. Ale okazała się dużo piękniejsza, niż sądziłem, że może być. Absolutnie jestem w niej zakochany.

Nie da się tego do niczego porównać. Atakamę można porównać do Namibii i powiedzieć, czym się różni. Tu było inaczej pod każdym względem – organizacyjnym, krajoznawczym, zwierząt było więcej niż gdziekolwiek indziej.

Jak znosiłeś warunki atmosferyczne?

To jest kwestia przystosowania. Dla mnie pierwszy dzień był trudny, biegaliśmy na Wyspie Króla Jerzego ok. 8-9 godzin. Na 49 osób zająłem 33. miejsce. Dałem sobie czas, żeby zobaczyć, jak mi tam będzie.

Drugiego dnia biegaliśmy 3,5 albo 4 godziny. Miałem już swoją strategię i dostałem takiego drive’a, że w ciągu 3,5 godziny przesunąłem się o 10 pozycji, czyli bardzo dużo.

Biegnąc, wyczuwasz lód czy jest taka wielka warstwa śniegu, że do niego nie docierasz?

Lodu w ogóle nie czuć. Wszędzie jest śnieg.
Raz przebiegałem przez takie obniżenie, wpadłem w śnieg i okazało się, że pod nim jest woda. Ja wpadłem po kostkę, gość za mną po kolano, a dziewczyna za nim do ramion. Wyciągaliśmy ją z tej wody i każdy z nas potem taki mokry biegł, aż tego nie wypociliśmy, bo tylko w ten sposób możesz się osuszyć.

Nie jest ci zimno, dopóki biegniesz. Gorzej, jak staniesz. Mieliśmy bazę, gdzie kładliśmy termosy i jedzenie. Zaglądałem tam raz na 2 godziny. Teoretycznie idziesz do termosu się ogrzać na 5-10 min, a wychodzisz bardziej zmarznięty, niż jak biegłeś.

Zmarznięty, zmęczony, ale dumny (fot.: Marek Rybiec)

Zmarznięty, zmęczony, ale dumny (fot.: Marek Rybiec)

Czego jeszcze dowiedziałeś się o sobie po tych czterech biegach?

Motyw przewodni, który będę zawsze powtarzał, brzmi, że wszystko mamy w głowie i możemy bardzo dużo rzeczy zdziałać.

Na Antarktydzie był Chińczyk w wieku ok. 60 lat, bez nogi, i niewidomy Brazylijczyk z przewodniczką. Obaj ukończyli bieg.

Specjalne kurtki dla finisherów 4 Deserts, Antarktyda (fot.: Marek Rybiec)

Specjalne kurtki dla finisherów 4 Deserts, Antarktyda (fot.: Marek Rybiec)

To, że biegniesz bez nogi, umiem pojąć, ale wyobraź sobie, że biegasz w śniegu, musisz uważać na każdy krok i nic nie widzisz. To jest dla mnie niesamowite zwycięstwo umysłu nad słabościami.

To, że masz nadwagę, nie masz nogi, nie widzisz, nie wyłącza cię z działań. Być może musisz dać z siebie więcej, ale to wszystko jest do zrobienia.

Na tych biegach są też sportowcy, ale reszta to są ludzie tacy jak ja. Mają normalną pracę, niezwiązaną ze sportem.

Chodzi głównie o hart ducha. Nie stan fizyczny, tylko to, co masz w głowie, powoduje, że ci się coś udaje albo nie.

Co więcej, mimo że zawsze z żoną staraliśmy się inwestować w podróże, a nie w samochody czy tego typu rzeczy, okazało się, iż ten rok był na tyle intensywny, że zobaczyłem i przeżyłem z punktu widzenia spotkań z ludźmi i krajobrazów więcej niż przez te 45 lat.

To też pokazuje, że po pierwsze nigdy na nic nie jest za późno, a po drugie szkoda prowadzić jałowe życie.

Czasami warto nawet przeżyć rok z kimś albo gdzieś zamiast 10 lat w inny sposób.

Gdyby jutro mi się coś stało, to wiem, że przeżyłem niesamowite rzeczy. To jest coś, co w głowie zostanie na zawsze.

Co dalej?

Jestem na takim etapie, że dla mnie ważne jest z kim, a nie tylko gdzie biegnę.

Pod koniec kwietnia z Tomkiem Zyśko jedziemy do Doliny Śmierci w Kalifornii, wcześniej mamy 100-kilometrowy bieg w polskich górach. Potem słynny polski Rzeźnik.

Zapisałem się też na Ultra-Trail du Mont-Blanc, czyli 170 km w Alpach, ale tam w tym roku nie miałem szczęścia – nie wylosowali mnie (uśmiech).

Pewnie będziesz biegł w jakimś celu?

Ushuaia, południowy kraniec kontynentu Ameryki Południowej, miejsce wypłynięcia na Antarktydę (fot.: dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Ushuaia, południowy kraniec kontynentu Ameryki Południowej, miejsce wypłynięcia na Antarktydę (fot.: dzięki uprzejmości Marka Rybca)

Zawsze będę w jakimś celu biegł. Szczególnie, że założyliśmy Fundusz Podwójne Wyzwanie, którego akcja z Hospicjum św. Krzysztofa z Warszawy była pierwszą, ale nie ostatnią.

W międzyczasie zaangażowałem się w fundację onkologiczną „Znajdź Pomoc”, w której Radzie jestem. Między innymi zbieramy pieniądze dla osób, którym zazwyczaj NFZ nie chce finansować leczenia, z różnych powodów.

Jak zaczynasz myśleć mniej egoistycznie, nie tylko o sobie, i wiązać to z innymi celami, dostrzegasz, że potrzebujących jest dużo więcej.

Fajne jest choćby to, że np. na Facebooku na urodziny kiedyś wysyłało się głównie życzenia. Dziś, gdy ktoś ma urodziny, coraz częściej, być może też dzięki tej akcji, łączy to z jakąś zbiórką, np. na oceany, na schronisko, dla innych potrzebujących.

Wpłacały osoby z Waszego środowiska czy nieznane?

Połowa to były osoby indywidualne, a połowa firmy. Uczestniczyły osoby zamożne i takie, które zarabiają mniej, ale chciały się dołożyć. I to jest super. 90 proc. pochodziło od osób ze mną związanych. Moi obecni przyjaciele, partnerzy zawodowi albo osoby, których nie widziałem 20 lat, a znamy się z podstawówki i jesteśmy na Facebooku. Były też osoby, które wpłacały przy każdym biegu i za każdy przysłowiowy kilometr.

Ludzie chętnie się zaangażują, jeżeli kogoś znają, wiedzą, że to jest dobry cel.

We Wrocławiu niedawno widziałem plakat o zakończeniu akcji przedświątecznej, w którą zaangażowana była jedna z największych gazet w Polsce, wielkie firmy, kilkudziesięciu partnerów i zebrane 168 tys. zł. I też super.

My zebraliśmy 110 tys. bez tego całego wsparcia medialnego, firmowego. To pokazuje, że w takich akcjach jest siła i że ludzie wpłacają, bazując na zaufaniu do konkretnej osoby.

Podwójne wyzwanie, 4 Deserts, marzenie spełnione, cel wykonany (fot.: Marek Rybiec)

Podwójne wyzwanie, 4 Deserts, marzenie spełnione, cel wykonany (fot.: Marek Rybiec)

Świetnie, że to się dzieje. To dla ludzi bodziec, że mogą sami zorganizować akcję, a to jest ważne.

Tak jak ja się tego nauczyłem od innych, tak widzę, że osoby, które najpierw się wkręciły w naszą akcję, zaczęły wpłacać, zaczęły biegać, teraz same zaczynają organizować zbiórki.
To się dzieje, choć nie było to naszym celem. To jest jak śnieżna lawina i jest wspaniałe.

Jakby mi ktoś trzy lata temu powiedział, że przebiegnę 4 Deserts, to powiedziałbym, że to niemożliwe. Dziś pomyślałbym, że to będzie trudne, ale nie niemożliwe. Zmienia się percepcja.

To też jest niebezpieczne – dlatego że na tyle szeroko otwierają się klapki w głowie, że siedzisz i kombinujesz, co dalej.

Co jeszcze mogę…

Tak, a gdzieś przecież pewnie jest ta granica.

Myślę, że ludzi zatrzymuje ich strach. Nawet nie chodzi o ekstremalne wyzwania, a proste rzeczy w życiu codziennym. Boją się, że czegoś nie dadzą rady zrobić, bo mają w głowie narzucane przez siebie ograniczenia. Jak się ich pozbędziesz, to wszystko może się zadziać.

Tak. To, co cię zatrzymuje, to głowa, zwłaszcza że 99 proc. rzeczy, których się boimy, nigdy się nie wydarza.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Jeszcze pewnie się spotkamy.

Tagi:

Wykorzystujemy pliki cookies, by dowiedzieć się, w jaki sposób użytkownicy korzystają z naszej strony internetowej i móc usprawnić korzystanie z niej. Dalsze korzystanie z tej strony internetowej jest jednoznaczne z zaakceptowaniem polityki cookies, aktualnej polityki prywatności i aktualnych warunków użytkowania. Więcej informacji Akceptuję