Wędrówki na styku kultur. Pomiędzy otwartością a pragnieniem ukrycia się w skorupie

Tybetański mnich w McLeod Ganj, Indie (archiwum autorki)

Tybetański mnich w McLeod Ganj, Indie (archiwum autorki)

Zamykasz drzwi domu, wychodzisz z plecakiem i wiesz, że szybko nie wrócisz. To ekscytujące uczucie w środku prowadzi cię naprzód. Jesteś już w drodze, pomiędzy starym a nowym światem. Od teraz przewodnikiem jest los. Masz wrażenie, że znikasz na jakiś czas z udomowionej rzeczywistości. Co powoduje, że w pewnym otoczeniu czujesz się komfortowo, a z innego najchętniej uciekłbyś w pośpiechu? Dlaczego z jednymi ludźmi nawiązujesz szybko nić porozumienia, a z niektórymi dzieli cię ogromna przepaść? Cisza czy hałas? Piękny zapach czy odór? Widoki czy doświadczenia? Jak jeszcze zapamiętujesz miejsca?

Mogłabym być nomadą

Podróżowanie jest dla mnie chyba stanem bardziej naturalnym niż permanentny tryb życia w jednym miejscu. Od najmłodszych lat jeździłam na te bliższe i dalsze wyprawy, spotkania z inną kulturą. Jako nastolatka zaczęłam podróżować na własną rękę, najczęściej wybierałam autostop, którym przemierzyłam prawie całą Europę. Wiedziałam, że typowe wyjazdy zorganizowane mnie nie interesują, że obrazek świata przygotowany na potrzeby turysty mnie nie zadowoli. Wolę kroczyć poza utartym szlakiem. Kiedyś przeczytałam słowa Gilberta K. Chestertona: „Turysta widzi to, co przyjechał zobaczyć. Podróżujący widzi to, co ma przed oczami”.

Charakterystyczne dla Ameryki Południowej hamaki na bazarze rękodzielników w Otovalo, Ekwador (archiwum autorki)

Charakterystyczne dla Ameryki Południowej hamaki na bazarze rękodzielników w Otovalo, Ekwador (archiwum autorki)

Yin-yang na plaży wzdłuż szlaku Ruta del Sol w Ekwadorze (archiwum autorki)

Yin-yang na plaży wzdłuż szlaku Ruta del Sol w Ekwadorze (archiwum autorki)

Przecudna japońska jesień w Jokohamie (archiwum autorki)

Przecudna japońska jesień w Jokohamie (archiwum autorki)

Świat się skurczył, jesteśmy bardziej mobilni. Jeszcze na początku lat 90. podróżowanie dla niektórych było wyzwaniem, teraz znacznie więcej osób wyjeżdża za granicę na wakacje, na studia, do pracy. Największe szanse na poznanie odmiennej kultury daje zamieszkanie w niej na dłuższy czas. Kilkunastodniowy wyjazd przynosi tylko pewne impresje, a nie prawdziwy obraz zachowań kulturowych, do których i tak jako obcy nie zawsze jesteśmy w pełni dopuszczani. Dotykając obszarów z różnych kontynentów, za każdym razem miałam wrażenie innego odbioru przestrzeni i zróżnicowanego dystansu między mną a ludnością z danego terenu.

Być obcym – odwrócona perspektywa

Znalezienie się w pozycji obcego to bezcenne doświadczenie, które pozwala na przyjęcie innej perspektywy patrzenia na relacje swój – obcy.

Po raz pierwszy spotkało mnie to w Indiach. Nie zapomnę, jak w Waranasi podeszło do mnie trzy- lub czteroletnie dziecko, gdy przypatrując się porannym ablucjom, siedziałam na ghacie, czyli na jednym z kamiennych schodów prowadzących do Gangesu. Zbliżyło się do moich bladych nóg, tak że praktycznie czułam jego mały nosek na mojej skórze, i zamarło w bezruchu.

Poranek na jednej z ghat w Waranasi, Indie (archiwum autorki)

Poranek na jednej z ghat w Waranasi, Indie (archiwum autorki)

Poranne ablucje w Rishikesh, Indie (archiwum autorki)

Poranne ablucje w Rishikesh, Indie (archiwum autorki)

Modlitwy nad Gangesem, Rishikesh, Indie (archiwum autorki)

Modlitwy nad Gangesem, Rishikesh, Indie (archiwum autorki)

Porównywało nasze odcienie skóry i widać było, że wyraźnie nie może się nadziwić. Jego mama uśmiechnęła się tylko i wskazała na skórę. Niestety wiele kobiet w Indiach wciąż jest analfabetkami i rzadko się zdarza, żeby te z niższych kast mówiły po angielsku.

W Ekwadorze szczególną uwagę zwracano na moje duże niebieskoszare oczy, które wyróżniały się na tle ciemnych i skośnych, szczególnie u Indian Keczua.

Ekwadorczycy na bazarze w drodze do Ingapirca (archiwum autorki)

Ekwadorczycy na bazarze w drodze do Ingapirca (archiwum autorki)

Wśród grona inspirujących osób, jakie miałam okazję spotkać w życiu, jest niewątpliwie niezwykła kobieta – Zofia Suska, podróżniczka i dziennikarka, która wielokrotnie okrążyła kulę ziemską. W rozmowie opowiadała mi o swoich wyprawach w różne krańce świata, często trudno dostępne.

– Ja bywałam w takich miejscach, gdzie rzadko się ogląda białych ludzi. Byłam pierwszy raz w życiu na Malediwach, kiedy o Malediwach, za przeproszeniem, nie za bardzo wiedziało się, że taki archipelag istnieje. Niemcy znali te wyspy, ponieważ tam ich kasa chorych lokowała jakieś sanatoria. Natomiast to były lata 70., kiedy jak zobaczyli mój paszport, to w ogóle nie wiedzieli z jakiego jestem kraju. Wynajęłam taką łajbę, to była taka tratwa, nawet nie łajba normalna, bo ona nie miała krawędzi po bokach, i 4 Hindusów wypływało ze mną. Robiłam rundy pomiędzy poszczególnymi wyspami, gdzie w życiu nie widzieli białej baby. To brali kawałek mojego włosa na szczęście, bardzo się przyklejali do mnie. Musieli dotknąć, powąchać, ale to była wyspa, którą można było w ciągu 30 minut obejść. Była tam jedna studnia ze słodką wodą, jak oni to zrobili, to ja nie wiem. I było 10 chałup na krzyż. To byli ludzie, którzy utrzymywali się ze sprzedaży czarnego korala.

– To samo było w Papui Nowej Gwinei u Korowajów, szczypali po nogach, oglądali, lizali kolano, to niebywałe było. A oni wszyscy są przecież rozebrani. To dokładnie moja kraina zatrzymanego czasu – wyjaśnia Zofia.

Jak zauważa w „Portretach «obcego». Od stereotypu do symbolu” Zbigniew Benedyktowicz, antropolog kultury, stosunek do obcości jest ambiwalentny. Łączy w sobie z jednej strony strach i grozę, a z drugiej fascynację. Dlatego obcy może przyciągać bądź odpychać.

Kultura wyznacza relacje przestrzenne

Każda kultura buduje własną przestrzeń, w której uwzględniane są różne potrzeby społeczne, strefy dostępu dla poszczególnych członków społeczności i innych osób. Są takie miejsca, gdzie nie wolno wejść kobietom lub mężczyznom, szczególnie w obszarze kultu religijnego lub obrzędowego, które ponadto obligują nas do założenia stosownego stroju – nakrycia głowy, zakrycia ramion czy zdjęcia butów.

W Japonii przed wejściem do świątyni wskazane jest umycie w odpowiedniej kolejności dłoni, twarzy i przepłukanie ust. W Indiach w Amritsarze, idąc do Złotej Świątyni, należy nie tylko wejść boso, ale też wcześniej opłukać stopy.

Noc w Złotej Świątyni w Amritsarze (archiwum autorki)

Noc w Złotej Świątyni w Amritsarze (archiwum autorki)

Brama przed Złotą Świątynią w Amritsarze, Indie (archiwum autorki)

Brama przed Złotą Świątynią w Amritsarze, Indie (archiwum autorki)

Warto też wspomnieć o obszarach, gdzie przebywają Dalitowie, tzw. niedotykalni na indyjskim terytorium. Według hinduskiej kultury nie tylko nie powinno się dotykać Dalitów, lecz także nie wolno na nich patrzeć czy ich fotografować. Oni sami również starają się unikać ludzi, zwłaszcza że zdarzały się przypadki, gdy byli gnębieni przez wyższe kasty. Kiedy w Agrze poszłam zobaczyć Tadż Mahal z drugiego brzegu rzeki, okazało się, że koczują tam Dalitowie. Swym wymownym spojrzeniem dali mi do zrozumienia, żebym szybko się stamtąd wyniosła.

Suszenie prania przy obozowisku niedotykalnych, niedaleko Tadż Mahal w Agrze, Indie (archiwum autorki)

Suszenie prania przy obozowisku niedotykalnych, niedaleko Tadż Mahal w Agrze, Indie (archiwum autorki)

Widok na Tadż Mahal z drugiego brzegu rzeki niedaleko siedliska niedotykalnych, Indie (archiwum autorki)

Widok na Tadż Mahal z drugiego brzegu rzeki niedaleko siedliska niedotykalnych, Indie (archiwum autorki)

System kastowy wciąż jeszcze jest widoczny w Indiach. W Ichalkaranji, u rodziny narzeczonego mojej koleżanki, nieświadomie wprawiłam w zakłopotanie zarówno domowników, jak i służącego, z którym przywitałam się w ten sam sposób, co z członkami rodziny znajomego.

Zofia przytoczyła mi historię o tym, jak przy Starej Jerozolimie pomyliła wejścia i przez przypadek weszła do mężczyzn, którzy modlili się pod Ścianą Płaczu. Wywołało to wielką konsternację wśród modlących się, a po ich wyrazie twarzy można było odczuć, że podróżniczka była tam niemile widziana, dlatego natychmiast opuściła tę strefę.

Z kolei jak mówi: – W dolinie Omo u Hamerów, to są też te plemiona, gdzie się czas zatrzymał na zawsze, gdzie chodzą w skórach, nie wolno przekroczyć granicy domu. Nie wolno im wleźć do chałupy po prostu. Nawet za wielkie pieniądze, żebyś dawała, żeby mieć możliwość zrobienia zdjęć. Dlatego jak ja oglądam programy telewizyjne, prezentujące takie miejsca, to się bardzo dziwuję. Ja byłam w tych samych miejscach, co oni pokazują. Nie wiem, ile trzeba zapłacić tym ludziom, żeby wyrazili zgodę na filmowanie. To są tysiące dolarów, tak myślę, żeby oni wyrazili zgodę, żeby z kamerą można było omieść to wnętrze. Bo Hamerowie wierzą, że ty możesz w sobie wnieść złe duchy. I dlatego musisz być zaklejona, żeby nie przekazać tego zła, które gwałtownie może z ciebie tam ujść.

Edward T. Hall w „Ukrytym wymiarze” pisze, że wzory proksemiczne konsolidują daną grupę i zarazem izolują ją od innej.

Sposób zagospodarowania przestrzeni implikuje poczucie swojskości bądź wyobcowania w jakimś miejscu, podobnie liczba osób egzystujących na danym terenie.

Znaki porządkujące kolejkę do pociągu na stacji w Japonii (archiwum autorki)

Znaki porządkujące kolejkę do pociągu na stacji w Japonii (archiwum autorki)

W większości krajów azjatyckich, przynajmniej przez pierwsze dni po przyjeździe, mam wrażenie nadmiernego zatłoczenia. W Japonii, szczególnie w Tokio, ale i w Kioto czy Osace, w godzinach szczytu na dworcach i stacjach metra fale ludzi biegnących na inne perony były tak wielkie, że czasami czułam się wręcz osaczona i musiałam zatrzymać się na chwilę. To dawało mi poczucie odseparowania od pędzącej masy Japończyków.

Co ciekawe, Japończycy, aby wejść do pociągu lub metra, ustawiają się zdyscyplinowanie w kolejce, na wyznaczonych na podłożu znakach prowadzących do drzwi pojazdu. Nikt się nie wpycha, a przy dalekobieżnych shinkansenach każdy czeka na sygnał, że można wsiadać.

Zagęszczenie drapaczy chmur stawianych w bardzo bliskiej odległości od siebie sprawia wrażenie, że z budynku do budynku sąsiedzi mogliby sobie podać dłonie. Ogromna ilość wieżowców w dużych aglomeracjach jest normą architektoniczną w tym kraju i ma utylitarny charakter. W metropolii aglomeracyjnej zwanej Wielkim Tokio mieszka przecież ponad 37 mln osób. Z okna pociągu czasem trudno rozpoznać, gdzie się znajdujemy, gdyż niemal identyczne wieżowce ciągną się jak szpalery drzew.

Wydaje mi się, że to, co Hall zaobserwował we Francji, mianowicie niewielkie powierzchnie mieszkaniowe, które Francuzi rekompensują sobie w rozmachu w przestrzeni publicznej, można odnieść także do Japończyków. W większości budują małometrażowe mieszkania, słynne sypialnie kapsułowe, i ogromne centra publiczne, dworce z trzydziestoma paroma peronami etc.

Moje koleżanki z Tokio i Jokohamy odwiedziły mnie kilka lat temu w Łodzi. Przyjechały po 21.00 na dworzec Łódź Kaliska. Kiedy po latach spotkałyśmy się w Japonii i powiedziałam im, że mają świetnie zorganizowaną komunikację na tych gigantycznych dworcach, jedna z nich się uśmiechnęła. Po chwili powiedziała mi, że jak wysiadły w Łodzi, to przez chwilę myślały, że się pomyliły i wysiadły w jakimś małym miasteczku czy na wsi. Wiedziały, że mieszkam w dużym mieście, nie mogły uwierzyć, że w Łodzi może być tak mały i przede wszystkim prawie pusty dworzec.

Wieżowce w Tokio (archiwum autorki)

Wieżowce w Tokio (archiwum autorki)

W jeszcze większe zdumienie wprawił je fakt, że rzadko odjeżdżają pociągi. W Japonii praktycznie nie trzeba sprawdzać rozkładu, przychodzi się na stację i w ciągu 15 minut powinien zabrać nas jakiś pociąg.

Panorama obrzeży Tokio (archiwum autorki)

Panorama obrzeży Tokio (archiwum autorki)

Każda nacja, ale i osoba, inaczej reaguje na relacje w przestrzeni i ma inną potrzebę dystansu intymnego.

Zofia: – Powiem, że albo teraz to się jakoś rozładowało, albo ja się przyzwyczaiłam do tych tłumów. Jak pierwszy raz wylądowałam w Chinach, a było to chyba jakieś 30 lat temu albo więcej, to ja widziałam, a nie jestem koszykarką, ale jestem trochę wyższa od nich, widziałam dywan z czarnych włosów. To było niebywałe. A teraz jakoś coś mniej ich, a byłam przecież niedawno, w sierpniu w Pekinie.

Jako ciekawostkę podam jeszcze, że w Ekwadorze nawet w małych miastach bardzo często stawia się domy, łącząc ściany z innym sąsiadującym domem. Z relacji Ekwadorczyków wynika, że chodzi o jak najlepsze wykorzystanie powierzchni terenu, zwłaszcza w Andach, i zagospodarowanie go na użytek rodzin wielodzietnych lub wielopokoleniowych. Według nich budynek taki jest też bardziej stabilny w przypadku erupcji wulkanów i związanych z nimi wstrząsów sejsmicznych.

Ekwadorski wulkan Tungurahua i domy ustawione w bardzo bliskim sąsiedztwie (archiwum autorki)

Ekwadorski wulkan Tungurahua i domy ustawione w bardzo bliskim sąsiedztwie (archiwum autorki)

W Japonii fenomenem było dla mnie to, że w tym natłoku ludzi czasami czułam się kompletnie niewidzialna. Dystans dodatkowo wprowadzały maski noszone przez Japończyków w celu ochrony przed bakteriami.

Z racji tego, że większość oznaczeń jest napisana znakami ideograficznymi, zwanymi kanji, i tylko na głównych stacjach turystycznych miast znajdziemy angielskie odnośniki destynacji, a w sklepach towary nie mają opisu na odwrocie opakowania w innym języku niż japoński, czułam się zdezorientowana.

Ulica w Ginzie, nowoczesnej dzielnicy Tokio. Niektórzy przechodnie noszą maski antybakteryjne (archiwum autorki)

Ulica w Ginzie, nowoczesnej dzielnicy Tokio. Niektórzy przechodnie noszą maski antybakteryjne (archiwum autorki)

Wielokrotnie próbowałam spytać o drogę, ale Japończycy nawet się nie zatrzymywali. Z boku pewnie wyglądało to dość zabawnie: mówię do kogoś, czasami używając gestów czy jakichś pojedynczych japońskich słów, a Japończycy przechodzą obok i udają, że mnie nie widzą. W ekstremalnych przypadkach zdarzało mi się wręcz stawać komuś na drodze, żeby musiał się zatrzymać.

Początkowo myślałam, że mają słuchawki w uszach i po prostu nie słyszą, ale okazało się, że nie. Po rozmowach z zaprzyjaźnionymi Japonkami zrozumiałam, że przyczyna niezauważania mnie jest inna.

Po pierwsze, Japończycy wstydzą się, jeśli wiedzą, że ich angielski brzmi niezbyt dobrze, i boją się ośmieszenia.

Po drugie i może ważniejsze, ich sfera prywatności w przestrzeni publicznej jest dość mocno zaznaczona i nie należy jej naruszać.

Liczni zwiedzający kompleks świątynny w Kioto, Japonia (archiwum autorki)

Liczni zwiedzający kompleks świątynny w Kioto, Japonia (archiwum autorki)

Kinkaku-ji, czyli Złoty Pawilon, oficjalnie zwany Świątynią w Ogrodzie Jeleni (Rokuon-ji) w Kioto (archiwum autorki)

Kinkaku-ji, czyli Złoty Pawilon, oficjalnie zwany Świątynią w Ogrodzie Jeleni (Rokuon-ji) w Kioto (archiwum autorki)

Dodam, że jeśli już udało mi się „złapać” jakąś osobę i nieco przełamać barierę dystansu, to Japończycy starali się być jak najbardziej pomocni. Czasami nawet chcieli doprowadzić mnie na docelowe miejsce.

Zofia zauważa: – Japonia jest absolutnym ewenementem. W Japonii na jednym przejściu dla pieszych w pewnym momencie podczas przechodzenia znajduje się 5 tys. ludzi. Ponieważ Japończycy nie rozmawiają między sobą, czy to jest shinkansen, czy tramwaj, czy przejście dla pieszych, nie wolno przeszkadzać drugiej osobie, no to tylko klaksony dochodzą z ulicy. W Ginzie to słychać było tylko hamulce i stukanie światła przy przejściu dla pieszych.

Zupełnie inne podejście mają Hindusi. Tłok, gwar i kakofonia klaksonów, jeżdżących dość chaotycznie mieszkańców Indii, a do tego zero prywatności. Riksiarze, przechodnie, właściciele sklepów, uliczni tragarze etc. na widok białego człowieka, a w szczególności samotnie podróżujących kobiet, zadają specyficznym akcentem ten sam zestaw pytań: skąd jesteś?, jak się nazywasz?, dokąd jedziesz? Po kilku tygodniach może to zacząć działać jak czerwona płachta na byka.

Jedna z ulic w Amritsarze, Indie (archiwum autorki)

Jedna z ulic w Amritsarze, Indie (archiwum autorki)

Nawet jeśli poza jednym wyuczonym zdaniem nie rozumieją nic po angielsku, to zazwyczaj się do tego nie przyznają. Podobnie jest gdy nie znają lokalizacji miejsca, o które pytamy.

Po prostu pokierują nas gdziekolwiek, żeby nie powiedzieć, że nie wiedzą, gdzie to jest. Dlatego złota zasada podróżnika w Indiach brzmi: o drogę pytaj przynajmniej trzech różnych osób.

Ruch uliczny w Dżajpurze, Indie (archiwum autorki)

Ruch uliczny w Dżajpurze, Indie (archiwum autorki)

Widok z wieżowca na ulicę biegnącą wzdłuż morza, Mumbaj, Indie (archiwum autorki)

Widok z wieżowca na ulicę biegnącą wzdłuż morza, Mumbaj, Indie (archiwum autorki)

Hindusi zaczepiają, dosiadają się bez pytania do podróżujących w pojedynkę. W miasteczku Orchha usiadłam sobie nad rzeką i zaczęłam oglądać zdjęcia w aparacie.

Po chwili zorientowałam się, że wraz ze mną ogląda je jeszcze kilka osób, które nie wiadomo skąd pojawiły się za mną.

Nawet jak czytałam polski przewodnik po Indiach, przez moje ramię wpatrywało się w niego jeszcze kilku Hindusów.

Jedna z siedmiu słynnych bram w Dżajpurze – „Różowym mieście” w Indiach (archiwum autorki)

Jedna z siedmiu słynnych bram w Dżajpurze – „Różowym mieście” w Indiach (archiwum autorki)

Pod koniec mojej podróży bardzo mnie to męczyło i czułam dyskomfort z powodu przekraczania granicy mojej przestrzeni osobistej.

Ostatnie 3 tygodnie podróży spędziłam na wolontariacie w żłobku tybetańskim w McLeod Ganj na północy Indii.

Gdy tam przebywałam, aż trudno mi było uwierzyć, że jestem nadal na terytorium Indii. Tybetańczycy są życzliwi, ale nienarzucający się, nie żebrzą, tylko ciężko pracują, nie są hałaśliwi.

Wszechobecne chorągiewki modlitewne w McLeod Ganj, gdzie przebywa Dalajlama i zamieszkują Tybetańczycy (archiwum autorki)

Wszechobecne chorągiewki modlitewne w McLeod Ganj, gdzie przebywa Dalajlama i zamieszkują Tybetańczycy (archiwum autorki)

Jeśli chodzi o Ekwadorczyków, zwłaszcza Latynosów, wśród których mieszkałam prawie 2 lata, to raczej ich kultura jest otwarta i nie tworzy barier w kontakcie z cudzoziemcami. Może poza tymi spośród społeczności Keczua, które pozostają nadal endogeniczne.

Zaskoczyć mogą niezapowiedziane wizyty nie tylko rodziny, ale i np. sąsiadów o każdej porze dnia, także o 5 rano czy po 23. Jeśli ktoś pomyślał, że można po prostu nie otworzyć drzwi, to muszę go rozczarować. Będą pukać do skutku.

Zasnuty chmurami Altar – mój ulubiony wulkan w Ekwadorze (archiwum autorki)

Zasnuty chmurami Altar – mój ulubiony wulkan w Ekwadorze (archiwum autorki)

„Piasek śpiewa” – pamięć zmysłowa

Gdy podróżujemy, niewątpliwie nasza pamięć tworzy mapy miejsc zapisywane przez zmysły.

Zapach eukaliptusa w Ekwadorze. Poranne, malownicze widoki trzech wulkanów w Guano czy przejazd drogą jak przez chmury do Ozogoche.

Droga w chmurach do lagun Ozogoche w Ekwadorze (archiwum autorki)

Droga w chmurach do lagun Ozogoche w Ekwadorze (archiwum autorki)

Lamy żyjące w okolicach stratowulkanu Chimborazo, najwyższego szczytu w Ekwadorze – o wysokości 6263 m n.p.m. (archiwum autorki)

Lamy żyjące w okolicach stratowulkanu Chimborazo, najwyższego szczytu w Ekwadorze – o wysokości 6263 m n.p.m. (archiwum autorki)

Wieczorne słuchanie w deszczu blisko przepaści dźwięku buzującej lawy we wnętrzu Tungurahua. Przypominał on rytm bicia serca.

Aktywny wulkan Tungurahua, Ekwador (archiwum autorki)

Aktywny wulkan Tungurahua, Ekwador (archiwum autorki)

Niepowtarzalny, orzechowy smak tamtejszego awokado, ważącego prawie kilogram, i kwiatów kaktusa, czerymoi i innych niezliczonych przysmaków z równika.

Symboliczny równik nieopodal Quito, stolicy Ekwadoru (archiwum autorki)

Symboliczny równik nieopodal Quito, stolicy Ekwadoru (archiwum autorki)

Kadzidła i woń lotosu w hinduskich świątyniach i obiad zjedzony w malutkim, rodzinnym hostelu w Dżajpurze, na który warto było czekać ponad godzinę, i rozłożone pomarańczowe sari na tle czerwonych murów budynków.

Koloryt ubrań i wychudzone, brudne święte krowy na ulicach miast. Małpy karmiące potomstwo na moście w Rishikesh.

Poznany przeze mnie w Indiach Brazylijczyk dokumentował miejsca, których nie pokazują w kolorowych katalogach turystycznych, pokazujące ubóstwo, brud, karaluchy i szczury biegające po pokojach.

Świadomość występowania kontrastów kulturowych pozwala na stworzenie bardziej realnego obrazu danej społeczności. Choć mózg człowieka zazwyczaj woli przechowywać w pamięci te przyjemniejsze doświadczenia.

Tysiące zapachów i smaków z różnych kontynentów uruchamia się we wspomnieniach.

Zofia dzieli się swą refleksją: – Każdy kraj inaczej pachnie, np. Tahiti kojarzy mi się do dzisiaj z takimi zjełczałymi ciastkami kokosowymi na zapleczu gdzieś u starych Chińczyków. (…) Nie znoszę anyżu. A anyż czuć we wszystkich greckich knajpach, jak się wejdzie, ale do takich spelun. Ja teraz właśnie byłam w Atenach i w Pireusie i obeszłam z siostrą takie knajpy. Ale takich prawdziwków, gdzie widzisz, że się nie myją od iluś dni, paznokcie długie czarne, brody zarośnięte, ten oddech taki nieświeży. Jak mi dmuchnął taki anyżem, to ja natychmiast wyleciałam stamtąd. Brazylia pachnie mi caipirinhą i miętą, bo do tej caipirinhi wrzuca się miętę, choć nie wszędzie. Piłam z miętą w Manaus nad Amazonką. Cachaçca 51, czyli samogon, ma zapach zdechłej, rozgniecionej pluskwy. Etiopia, Madagaskar, to są te wszystkie żywe zioła, przyprawy kolendry, która kojarzy mi się z plemionami. W Etiopii jest zapach cudownej kawy. To samo jest w Jemenie, a Zanzibar pachnie gałką muszkatołową. Chiny kojarzą mi się z durianem. To fenomenalny owoc, który cuchnie jak gnijące mięso po miesiącu w tropiku 40-stopniowym. Natomiast jeżeli wyłączysz zmysł węchu, to jest to słodycz rewelacyjna i to podobne jest do chlebowca. Jest zakaz wożenia w samolocie duriana. Ponieważ ten zapach, ten smród przechodzi przez ściany, wbija się i nie można tego usunąć. A to jest jeden z najbardziej popularnych deserów u Chińczyków.

Buddyjski symbol swastyki w mieście Sarnath, gdzie Budda Siakjamuni wygłosił swój pierwszy wykład (archiwum autorki)

Buddyjski symbol swastyki w mieście Sarnath, gdzie Budda Siakjamuni wygłosił swój pierwszy wykład (archiwum autorki)

W Mathurze, tzw. mieście życia w Indiach, gdzie dotarłam w momencie, kiedy nie było białych podróżników, wylądowałam w hostelu na obrzeżach centrum.

Zmęczona ponaddwudziestogodzinną podróżą w 40-stopniowym upale weszłam do pokoju. Odór stęchlizny był tak silny, że kręciło mnie aż w nosie.

Ogromny grzyb na ścianie, ale obok postawiony 50-calowy telewizor – symbol luksusu.

Zeszłam do recepcji i powiedziałam o nieprzyjemnym zapachu, licząc na zmianę pokoju, bo hotel był pusty.

Po chwili przyszedł do mnie młody chłopiec z flakonikiem perfum. Wszedł, prysnął kilka razy perfumami i z uśmiechem na twarzy spytał po angielsku: – W porządku? Byłam tak wycieńczona, że się poddałam.

Zaniedbane święte krowy w przestrzeni hinduskiego miasteczka (archiwum autorki)

Zaniedbane święte krowy w przestrzeni hinduskiego miasteczka (archiwum autorki)

Małpy karmiące potomstwo na wiszącym moście w Rishikesh (archiwum autorki)

Małpy karmiące potomstwo na wiszącym moście w Rishikesh (archiwum autorki)

Zofia dodaje: – Jeszcze jeden zapach kojarzy mi się z Azją, przede wszystkim z Kambodżą. Oni do wszystkich potraw, chyba do lodów też, dodają taką przyprawę. Łapią rybę i wieszają ją u sufitu. Tak w restauracjach widziałam, i ona gnije. Jak ona się rozkłada to taki spływa syrop z niej. I oni używają tego jako przyprawy, czyli tej zgniłej ryby w postaci płynu. Oni traktują to jak Maggi, czy soy sauce. To jest niewyobrażalne. To jest taki smród. Ale bez tego nie ma u nich żadnej potrawy. To ja wchodziłam w Kambodży do kuchni od tyłu i mówiłam: Broń Boże! Czekałam, żeby ugotowali jajko na twardo i je od razu im wyjmowałam z gara, szłam do sali konsumpcyjnej i już nie puszczałam z ręki, bo od razu by mi wysmarowali tym sosem.

– Każdy kraj ma swój zapach i ja od tego zaczynam, jak sobie przypominam, to w niektórych byłam po parę czy paręnaście razy. Nie pamiętam już, ile razy okrążyłam świat, ale zdarzyło mi się to sporo razy i zaczynam od zapachu, i wiem, jaki będzie, jak wyląduję. I najpierw zapach, potem kolory, potem dźwięki. Kolory, przede wszystkim zachody słońca, to jest Afryka. Niebo, czerwona ziemia w Australii i Nowej Zelandii – wspomina Zofia.

W Japonii moja koleżanka Eiko, po tym jak ze smakiem zjadłam natto, czyli sfermentowaną soję spowitą kleistą, ciągnącą się mazią, powiedziała do mnie, że wiedziała, że jestem szalona. Normalny cudzoziemiec według niej nie może lubić takiego smaku. Zwłaszcza że nawet niektórzy Japończycy krzywią się na myśl o tym narodowym specjale.

Przypomniałam jej, że my Polacy, jemy sfermentowane ogórki i kapustę, co u niektórych nacji Zachodu budzi obrzydzenie.

Pamiętam, jak mieszkając w Londynie u czarnoskórej rodziny, która pochodziła z Karaibów, poczęstowałam gospodynię kiszonym ogórkiem. Nie przełknęła, ani jednego kęsa.

Ekwadorczycy też nie byli zachwyceni tym smakiem.

Jak otworzyłam drzwi na lotnisku w Delhi, w jednej chwili poczułam, że nie mam czym oddychać. Upał i gęste powietrze, i wszechobecny zapach curry, a wokół nieprzerwany hałas klaksonów.

Zofia mówi: – Afryka to dźwięki tam-tamów. Na Wyspach Pacyfiku, po których się teraz włóczyłam, to bez przerwy oni wystukują rytmy. To jest wyssane z mlekiem matki, wszyscy umieją posługiwać się instrumentami perkusyjnymi. Jeszcze jest taki dźwięk, ale to z kolei Oman – pustynia czy Namibia, szeleszczący piasek przenoszony wiatrem, na tych cudownych wydmach to jest jeszcze takie charakterystyczne. Po prostu ten piasek śpiewa. Odciskasz stopę na wydmie i dla mnie to jest wzruszające, jak za chwilę te ślady giną, bo są zasypywane, czyli taka nicość, która się unosi.

Torii, brama przy położonej na Morzu Japońskim Miyajimie, uroczej wyspie sanktuariów i wszechobecnych saren (archiwum autorki)

Torii, brama przy położonej na Morzu Japońskim Miyajimie, uroczej wyspie sanktuariów i wszechobecnych saren (archiwum autorki)

Podróżowanie pomaga w poznawaniu i procesie zrozumienia odmiennych kultur, ale i samego siebie. Doświadczanie różnych relacji przestrzennych rysuje obraz zachowań społecznych. Receptory zmysłu rejestrują kadry w naszej pamięci, budują bazę wspomnień ze spotkań na styku kultur, tych nam bliskich i dalekich.

Tagi:
Witryna używa plików cookies zgodnie z polityką prywatności. zamknij